First things first. Muzyka dziś. Daaaamn, srsly, wiem, takie narzekanie nic nie daje, także nie będę narzekał na samą muzykę, bardziej stadium, w którym się znajduję przynajmniej raz do roku. Otóż znów brakuje mi czegoś nowego. Czegoś interesującego. Czegoś z wykurwem. Czegoś czym był kiedyś Jimi Hendrix, Elvis Presley. Zabawne jest to, że 'nasze' czasy nie znają takiej osoby. Nie chodzi mi o to, żeby ktoś wyszedł na scenę, spalił gitarę mając na sobie biały garniak i tonę brylantyny. Nie. To ma być coś nowego. Groundbreaking shit. Chciałbym tego dożyć, czegoś tak ogromnego jak ww. dżentelmeni. Might not happen. Swoją drogą, tak już pisałem ostatnio, znalazłem 'coś nowego' w klasyce, bo jest mi kompletnie nieznana acz! to nie jest remedium na panującą sytuację. Tbh sam nie wiem czego chcę, chcę żeby coś się zmieniło, wybuchło, żeby ktoś wywrócił muzykę do góry nogami. Być może nie jest to już możliwe, być może mamy dziś zbyt wielu wykonawców na raz i ich dokonania za ba...